20070526

Transfer jak się patrzy


Upalnego popołudnia pewnego postanowiłem napić się piwa na brzegu naszego supermiejskiego Jeziora. Obrałem tradycyjnie azymut na MASZYNOWNIĘ, położoną nad samą wodą, malowniczą knajpę, do której wejścia strzegą maszyny do szycia. Z resztą blaty stolików również skonstruowano korzystając ze zdemobilizowanych pulpitów pomaszynowych.


Miejsce, pod względem malowniczości, przoduje zdecydowanie wśród znanych mi poznańskich pubów, choć niewątpliwie jest to knajpa polowa, nietymczasowa. Niech nie zwiedzie klientów miejsce i sposób przyrządzania potraw. Najtaniej tu nie jest - prosta sprawa, w zimie łyżwiarze tu nie bywają, motocykliści też preferują inne miejsca w pobliżu :D Należy więc odpowiednio napełnić kasę w czasie koniunktury. A przecież lipiec [miesiąc kiedy post jest finalizowany] też nie rozpieszcza warunkami atmo. Miejmy nadzieje, że nie zaowocuje to korektą cennika jeszcze w tym sezonie.

Gdy z oddali zobaczyłem zielone parasole sięgnąłem do zasobów archiwalnych w mojej głowie i odnalazłem notatkę - Maszynowania = kanjpa lejąca piwo żywieckie. Potwierzdziłem to również później w domostwie przeglądając dokumentację fotograficzną. Nawet stoły naznaczone są metalowymi pieczęciami Żywca. O ich wymianę zapewne nikt się nie zatroszczy, niewielu w ogóle zauważy tam charakterystyczny herb z folklorystycznymi motywami. Zatem byłem świadkiem swoistego [bardzo lubie to słowo] transferu - bardzo ładne miejsce zostało teraz wpisane do rejestru Kompani Piwowarskiej z siedzibą w Poznaniu. Czy wpłynęło to na jakość miejsca? Otóż nie wiem :) Wiem, że ww. knajpie obsługa jest raczej na wakacjach niż w pracy. Po raz kolejny czekałem na podejście pani kelnerki bardzo długo - 15 minut tym razem. Panie w ogóle były bardzo pochłonięte sobą, cóz lato było za pasem, gruczoły kierunkowały myślenie raczej w stronę miąs ożywionych i opalonych płci odmiennej, niż tych nudnych, drogich ochłapów, owszem, opalanych, ale ledwie grillem...

Opieszałość i średni poziom obsługi ma jednak swoje dobre strony - można spokojnie i bez płacenia posiedzieć w niezłym miejscu, przy lampce, wcale nie pijąc wina :)

20070521

Juwenalia 2007

Wiosna rozkwitła. Na razie trochę deszczowo i kapryśnie. Tegoroczne studenckie święta są huczne i bardzo atrakcyjnie zorganizowane.

Zanim wybrałem się na Juwenalia Koncertowe miałem okazję zasmakować "atmosfery" studenckiego święta przy okazji tradycyjnego przekazania kluczy do miasta. Zgodnie z ostatnimi trendami w polityce samorządowej, ubrany koktajlowo-odpustowo Naczelnik Miasta Pan G., w towarzystwie uroczej;) asystentki rytuału dopełnił. Siedząc w SHARKU widziałem jak zadowolony oddalał się z miejsca zdarzenia.
Korowód cudaków był bardzo sympatyczny, do nieprzytomności brakowało jeszcze sporo alkoholu na głowę. Pośród tradycyjnie ufarbowanych, czy przebranych w folię ludzi dało się spotkać prawdziwego króla dosadności. Jego przebranie cenię sobie bardzo wysoko. Publikuję zatem podobiznę Pana Puszki [l.mn., mianownik=Pan Puszki].



Tego samego dnia miałem ambitny plan, aby wybrać się z przyjaciółmi "posłuchać zespołów". Spełzł on jednak na niczym, pogoda, zmęczenie i takie tam. Nadrobiłem jednak opieszałość wybierając się w sobotę.

Zbliżając się od strony Śródki oczywiście i banalnie najpierw zauważyłem śmieci :) Potem dotarłem do miejsca przeznaczenia. Stwierdziłem, że dawno nie uczestniczyłem w imprezach tego typu i od tamtych czasów sporo się zmieniło. Na plus. Teren wygrodzony, żadnych bud na ciągu deptakowym, by nie burzyć życia spacerowiczom i rowerzystom. Na terenie "miasteczka koncertowego" obowiązuje waluta w postaci żetonów. Na wewnętrzny dziedziniec nie można wnieść alkoholu, więc postanowiłem zasiąść w polowej knajpie sponsorowanej przez Kompanię Piwowarską. Dźwięki ze sceny były mi nieznane, więc przepychanie się bliżej nie wchodziło w rachubę. Dodatkowo - uderzyło mnie znakomite nagłośnienie i selektywność muzyki płynącej z oddali. Grał bodajże zespół Atrocity. Kiedy po kilku łykach okrzepłem rozpocząłem obserwację... a wspominałem o zapachu? Nie wspominałem... :) Woń wilgoci i świeżo deptanej trawy przypomniała mi wizyty w cyrkowych mini-zoo. Dodatkowymi atrakcjami były tym razem walające się ulotki i prezerwatywy.

Ludzie dookoła jakby dopiero budzili się, albo jeszcze nie szli spać. Sennie, z spokojem siedzieli nad wodnistym piwem w plastiku rozprawiając o tym i owym. Ja poszukałem wzrokiem jakiejś bratniej duszy, a nie znalazłwszy napisałem kilka sms-ów.

Podzielę się czymś bardziej osobistym. Pomyślałem, że Jezioro Maltańskie to jedno z najważniejszych miejsc mojego życia. Wspomniałem głównego inspiratora tej tezy - mojego tatę. Wspomniałem też wszystkich innych, którzy są z tym miejscem związani... i podjąłem decyzję by bywać tu zawsze, bez względu na ludzi. Dla siebie.

Wracając do Juwenaliów. Pomimo sporej niechęci do tłumów mam wrażenie, że impreza spodobałby mi się również i nocą. Aż powróciłbym do domostwa przytłoczony ciągłym obserwowaniem i staniem obok.