Nie będzie nobliwie
Założenia były prześwietne... lekko ironicznie, ale sterylnie, przebrnę przez zastęp nazw, wnętrz i zjawisk.... Nie da sie!!!
Bo jeśli obsługuje mnie panienka, która używa mózgu tylko na poziomie czynności fizjologicznych, nie pamięta, kto i co zamówił, przy tym, czy tamtym stoliku, prosi o płacenie nie przedstawiając rachunku - oczywiście nie czekając na to czy zamówimy coś jeszcze, czy nie - kompletnie nie panuje nad tym czy na stoliku jest miejsce na następne zamówienie, czy klienci mają coś pustego... raz po raz ktoś przemknie ze zniecierpliwieniem do baru... i wróci z "zamówieniem". A szyld jest zobowiązujący. Hasła też - że na każdym piętrze inny klimat, inna muza - jesli sprowadzilibyśmy jakiś bardzo czuły miernik fal akustycznych wtedy pewnie znaleźlibyśmy róznice wynikające z natężenia, zaburzeń ośrodka [sala dla niepalących, czyli sala dla palących, w której akurat nikt nie pali ;) tu fotele, tam kanapy...] wtedy pewnie rzeczywiście różnice byly znajdowalne i moglibyśmy z "czystym sumieniam powiedzieć", że na każdym piętrze muzyka jest inna... bo jest identyczna jednak... do tego nie współgrające z nią obrazki z vivy czy innego szajsu. Wszystko oczywiście w natężeniu uniemożliwiającym rozmowę, a miejsca do pląsów raczej nie ma :) pozostaje więc patrzeć sobie w oczy, dotykać, wprowadzając się w stan walki z mini-chaosem tego miejsca... walki polegającej na odcięciu się od zewnętrza. Kto taką sztukę posiadł może tam iść śmiało... A może współczesny konsument nie chodzi do kajpy pogadać? Może tylko pogapić się na towarzyszy niedoli przy innych stolikach, czy obejrzeć na "plazmie" najnowsze klipy, zwane przez mędrców teledyskami.
Pierwsze wyjście tamże, jakiś miesiąc temu, dawało nadzieje, że oto jest nowe miejsce, do którego będzie można zachodzić częsciej: gustowny półmrok, obite skóropodobnym produktem koloru "kuazi-ekri" sofy, fotele, krzesła, trzy poziomy do zwiedzenia, czy nawet ukrycia... robi to wrażenie, knajpy lekko snobistycznej, pełnej szpanerskiej fali... [ja, urodzony w latach 70., nie bede sie specjalnie mizdrzył do czytelnika współczesnym słownictwem :D - przyp. własny], ale tylko takich jej reprezentantów, którym wystarczy rozwalający się kibel, w którym ani ręczników papierowych, ani szmacianych, ani tych występujących w formie gorącego powietrza...
Mógłbym tak krytykować i krytykować, ale to miejsce ma szanse na bycie niezłym. Zajrzę tam kiedyś jeszcze, ale raczej w dzień powszedni, wtedy ciszej:) Ergo: SHARK - niezłe opakowanie, rozczarowująca zawartość. ps. bardzo przepraszam Panią Kelnerkę, może miała słabszy dzień, może ma słabszy miesiąc, może w ogóle nie jest najlepiej, ładna też jest i umie obsługiwać zdalny terminal do płatności kartą, a takiego sprzętu też nie uświadczy się wszedzie... tylko na miłość boską - po co kasować tym po 12zł :D i jedno jeszcze, klient w tym kraju umie czytać, jeśli w dodatku nie nosi okularów, to istnieje prawdopodobieństwo, że mimo półmroku będzie potrafił odczytać składowe danej pozycji zapisane w karcie samemu, więc proszę go nie rozbawiać dodatkowo posądzeniami o analfabetyzm. Jeśli nie wiemy nic o pozycji w karcie, to zapytajmy co na to Bardzo Szanowny Pan Barman [(c)Ragnar, 1987 - pozdro.]
--
Pomyślałem, że w takim razie pora na prawdziwy luksus... przypomniałem sobie knajpę z najlepszym kiblem w mieście. BODEGA CAFE. cisza, spokój, zapełnienie rzędu 50%, jakiś ekscentryczny tłumek mile kontrastujący z tym sterylnym i nowoczesnym wnętrzem, ciemnym, bardzo dobrze rozświetlonym... same plusy :) pani cierpliwie [no może nie do końca ;)] czeka na zamówienia... a prosty człek łykający bronki od kołyski nie za łatwo odnajdzie się w gąszczu pozycji... Kibel trochę się "spatynował", nadal odlotowe wnętrze, magiczne światła na fotokomórkę, niczym na stacji benzynowej koło Innsbrucku ;) ale jakiś taki lekko zużyty cośik, jednak to jest nadal jedno z lepszych tego typu miejsc :) I wszystko byłoby fajnie, gdyby nie fakt, że na końcu trzeba płacić... :) a pani juz wygania, bo ma zajęcia z ekscentryczną grupką chyba i nami już zajmować się nie chce. Terminal jest, ale przy barze, i tylko dla tych co odpowiednio dużo sobie zaordynowali. Ja, na ten przykład, za mało. No i klient dopomina się o resztę, to taka wspaniała atrakcja na pożegnanie wieczoru... No, ale tak to jest gdy dama trafi między walety i to zebrane z dwóch talii conajmniej ;;) Ergo - jeśli cenisz spokój, kasę wydajesz lekko, tolerancyjnie podchodzisz do obsługi, a przede wszystkim chcesz posiedzieć z kimś i pogadać - idź tam. Ale pamietajcie - waletów nie brakuje.
--
Zaburzmy lekko chronologię i wróćmy na początek. Nie lubie LIZARD KINGA, ale cenie sobie właśnie tamtejszą skrupulatną obsługę, dlatego bywam tam często. Tym razem pani była jakaś nowa chyba... zapomniała o częsci zamówienia, ale to doprawdy błahostka wobec tego co miało nas czekać w dalszej części wieczoru...
--
A może to wszystko, to rozkojarzenie dziewczyn, przez swiadomość, że lato się kończy... "The last day of summer (...) never felt so... so..."
0 koment:
Prześlij komentarz