20070705

Szybka piłka znad morza

Z definicji jest to blog o chlaniu w Poznaniu. Myślę, że jednak można spokojnie spróbować odskoczyć kilka[set] kilometrów, by porównać z innymi miejscami. A Kołobrzeg to przecież wiadomo, że jest trochę poznański, jak np. Szklarska Poręba.

Post będzie krótki i bezzdjęciowy - w Kołobrzegu jest dużo kanjpek w tzw. centrum, z reguły w piwnicach, gdyż partery niepodzielnie są zdominowane przez sklepy. Powód jest prosty - potęga małej przedsiębiorczości Kołobrzegu opiera się głównie na handlu z enerdowskimi emerytami. Obsługa w knajpach jest sprawniejsza niż w Poznaniu, ale na tym samym, dość wysokim, poziomie uprzejmości.

Moje odczucia są dośc pobieżne, jednak co bez wątpienia podobało mi się, to atmosfera kołobrzeskiej "starówki" - tworu w dużej mierze z lat 80. lub 90. ubiegłego stulecia. Ale to raczej temat do jakiegoś innego bloga.

Łotz njuł 1

Strasznie się zapuścił Pub Top. Usprawniłem co nieco:
1. Zlinkowałem nazwy knajp z postami w ramkach "zalecenia" i "przeciwskazania" [dzięki kolego;)]
2. Wprowadziłem mapkę - w postaci linka - z lokalizacjami odwiedzonych i oblogowanych przez Pub Top miejsc. Niestety umieszczenie mapki na stronie nie daje zadowalających rezultatów. Również serwis platial.com nie spodobał mi się. Link zewnętrzny rządzi.

Zapraszam :)

20070526

Transfer jak się patrzy


Upalnego popołudnia pewnego postanowiłem napić się piwa na brzegu naszego supermiejskiego Jeziora. Obrałem tradycyjnie azymut na MASZYNOWNIĘ, położoną nad samą wodą, malowniczą knajpę, do której wejścia strzegą maszyny do szycia. Z resztą blaty stolików również skonstruowano korzystając ze zdemobilizowanych pulpitów pomaszynowych.


Miejsce, pod względem malowniczości, przoduje zdecydowanie wśród znanych mi poznańskich pubów, choć niewątpliwie jest to knajpa polowa, nietymczasowa. Niech nie zwiedzie klientów miejsce i sposób przyrządzania potraw. Najtaniej tu nie jest - prosta sprawa, w zimie łyżwiarze tu nie bywają, motocykliści też preferują inne miejsca w pobliżu :D Należy więc odpowiednio napełnić kasę w czasie koniunktury. A przecież lipiec [miesiąc kiedy post jest finalizowany] też nie rozpieszcza warunkami atmo. Miejmy nadzieje, że nie zaowocuje to korektą cennika jeszcze w tym sezonie.

Gdy z oddali zobaczyłem zielone parasole sięgnąłem do zasobów archiwalnych w mojej głowie i odnalazłem notatkę - Maszynowania = kanjpa lejąca piwo żywieckie. Potwierzdziłem to również później w domostwie przeglądając dokumentację fotograficzną. Nawet stoły naznaczone są metalowymi pieczęciami Żywca. O ich wymianę zapewne nikt się nie zatroszczy, niewielu w ogóle zauważy tam charakterystyczny herb z folklorystycznymi motywami. Zatem byłem świadkiem swoistego [bardzo lubie to słowo] transferu - bardzo ładne miejsce zostało teraz wpisane do rejestru Kompani Piwowarskiej z siedzibą w Poznaniu. Czy wpłynęło to na jakość miejsca? Otóż nie wiem :) Wiem, że ww. knajpie obsługa jest raczej na wakacjach niż w pracy. Po raz kolejny czekałem na podejście pani kelnerki bardzo długo - 15 minut tym razem. Panie w ogóle były bardzo pochłonięte sobą, cóz lato było za pasem, gruczoły kierunkowały myślenie raczej w stronę miąs ożywionych i opalonych płci odmiennej, niż tych nudnych, drogich ochłapów, owszem, opalanych, ale ledwie grillem...

Opieszałość i średni poziom obsługi ma jednak swoje dobre strony - można spokojnie i bez płacenia posiedzieć w niezłym miejscu, przy lampce, wcale nie pijąc wina :)

20070521

Juwenalia 2007

Wiosna rozkwitła. Na razie trochę deszczowo i kapryśnie. Tegoroczne studenckie święta są huczne i bardzo atrakcyjnie zorganizowane.

Zanim wybrałem się na Juwenalia Koncertowe miałem okazję zasmakować "atmosfery" studenckiego święta przy okazji tradycyjnego przekazania kluczy do miasta. Zgodnie z ostatnimi trendami w polityce samorządowej, ubrany koktajlowo-odpustowo Naczelnik Miasta Pan G., w towarzystwie uroczej;) asystentki rytuału dopełnił. Siedząc w SHARKU widziałem jak zadowolony oddalał się z miejsca zdarzenia.
Korowód cudaków był bardzo sympatyczny, do nieprzytomności brakowało jeszcze sporo alkoholu na głowę. Pośród tradycyjnie ufarbowanych, czy przebranych w folię ludzi dało się spotkać prawdziwego króla dosadności. Jego przebranie cenię sobie bardzo wysoko. Publikuję zatem podobiznę Pana Puszki [l.mn., mianownik=Pan Puszki].



Tego samego dnia miałem ambitny plan, aby wybrać się z przyjaciółmi "posłuchać zespołów". Spełzł on jednak na niczym, pogoda, zmęczenie i takie tam. Nadrobiłem jednak opieszałość wybierając się w sobotę.

Zbliżając się od strony Śródki oczywiście i banalnie najpierw zauważyłem śmieci :) Potem dotarłem do miejsca przeznaczenia. Stwierdziłem, że dawno nie uczestniczyłem w imprezach tego typu i od tamtych czasów sporo się zmieniło. Na plus. Teren wygrodzony, żadnych bud na ciągu deptakowym, by nie burzyć życia spacerowiczom i rowerzystom. Na terenie "miasteczka koncertowego" obowiązuje waluta w postaci żetonów. Na wewnętrzny dziedziniec nie można wnieść alkoholu, więc postanowiłem zasiąść w polowej knajpie sponsorowanej przez Kompanię Piwowarską. Dźwięki ze sceny były mi nieznane, więc przepychanie się bliżej nie wchodziło w rachubę. Dodatkowo - uderzyło mnie znakomite nagłośnienie i selektywność muzyki płynącej z oddali. Grał bodajże zespół Atrocity. Kiedy po kilku łykach okrzepłem rozpocząłem obserwację... a wspominałem o zapachu? Nie wspominałem... :) Woń wilgoci i świeżo deptanej trawy przypomniała mi wizyty w cyrkowych mini-zoo. Dodatkowymi atrakcjami były tym razem walające się ulotki i prezerwatywy.

Ludzie dookoła jakby dopiero budzili się, albo jeszcze nie szli spać. Sennie, z spokojem siedzieli nad wodnistym piwem w plastiku rozprawiając o tym i owym. Ja poszukałem wzrokiem jakiejś bratniej duszy, a nie znalazłwszy napisałem kilka sms-ów.

Podzielę się czymś bardziej osobistym. Pomyślałem, że Jezioro Maltańskie to jedno z najważniejszych miejsc mojego życia. Wspomniałem głównego inspiratora tej tezy - mojego tatę. Wspomniałem też wszystkich innych, którzy są z tym miejscem związani... i podjąłem decyzję by bywać tu zawsze, bez względu na ludzi. Dla siebie.

Wracając do Juwenaliów. Pomimo sporej niechęci do tłumów mam wrażenie, że impreza spodobałby mi się również i nocą. Aż powróciłbym do domostwa przytłoczony ciągłym obserwowaniem i staniem obok.

20070425

Kolumnada

Beztrosko płyną chwile mieszkańcom Poznania i turystom. Niektórzy z nich spragnieni odpoczynku i orzeźwienia wstąpią pod płócienne arkady miejsca o wszystko mówiącej nazwie BEE JAY'S. Otóż to co zaproponowali managerowie tej knajpy zakrawa na skandal, przynajmniej dla mnie... Pragnąłbym żeby takie potwory były w domenie jakiegoś nieprzekupnego konserwatora zabytków. I w ogóle no comment.


Swoją drogą - zdaje się, że poprzedniego lata, mialem tam okazje obejrzeć bulwersującą scenkę, z której wynikało, że gość jest dla kelnera, a nie na odwrót. Omijam to miejsce szerokim łukiem od dawna, więc myślę że głowice z liścmi akantu nic w tej kwestii nie zmienią. Mam nawet podejrzenia, że wmontowano w nie jakis generator fal zachęcających, ale z uwagi na moją polaryzację, albo może ze względu na występowanie w pobliżu mojego patrona, boga wojny, oddziaływanie odnisło skutek odwrotny.

20070422

Johnny Rocker

Dziś porponuje fotoprezentację bardzo ciekawego lokalu, który odwiedziłem z kolegą w sobotę. W pubie JOHNNY ROCKER nie przywiązują wagi do oszczędności, a przynajmniej tego nie widać - miejsce zaaranżowane jest pomysłowo i z rozmachem. Jakby nie po poznańsku...
Na wstępie przyznam, że nie lubię wnętrz piwnicowych, to jedna z pierwszych opinii, jaką wykształciłem w sobie zwiedzając tutajsze knajpy na studiach. Ale klub znajdujący się na narożniku [północno-wschodnim] ulic Szewskiej i Wielkiej wywarł na mnie kolosalnie pozytywne wrażenie. Już samo wejście zapowiada nie lada atrakcje. W witrynach gęsto od motywów graficznych, ciekawe liternictwo i niebanalnie sparafrazowana postać Jasia Wędrowniczka, którego ubrano w szaty rokendrolowca. W "sieni" industrialny klimat z rurami i stalowymi linami, wielki niby-fresk, kładziony białą farbą na grafitowym tle. Jasio od Whisky spotyka Jasia z Gitarą - to wszystko jakby jest rebusem, trochę jakby instrukcją jakiegoś procesu rodem z Incredible Machines, sławetnej gry komputerowej. Proszę spojrzeć.






Wypada oczywiście stwierdzić, że zdjęcia pozostawiają wiele do życzenia, zarówno od strony technicznej jak i w kwestii kompozycji. Ale taki urok robienia zdjęć z biodra i w trakcie spożywania ;)
Wejscie i "sień" to jedyne elementy znajdujące się na poziomie ulicy. Zasadnicza część w całości znajduje się w piwnicy. Schodzi się wprost do głównej "nawy" z barem po lewej, zakończonej sceną, na której niepozostawiając wątpliwości co do charakteru miejsca, puszy się zestaw perkusyjny. Sala jest wypełniona dość gęsto stolikami 4-osobowymi z sympatycznymi krzesłami w skóropodobnych bordo-brązach. Dookoła zakamuflowane mniejsze salki, z miejscami dla wielu osób, również na wygodnych kanapach w czerwonej barwie, lub dla bardziej kameralnego grona. Na ścianach artystyczne "metaloplastyki", w których można odnaleźć elementy rowerowe, ale nie tylko. Znajdują się też pop-artowe zdjęcia rockmenów z różnych czasów, Bob Dylan na ten przykład.





Lokal był opustoszały, trudno więc powiedzieć czy obowiązuje w nim samoobsługa, czy raczej obsługa obsługuje. Panowie byli mili, pokazywali gościom różne niespodziewane rozwiązania w lokalu jednocześnie bacząc by klienci nie siedzieli przy pustym. Doświadczyłem dzięki temu przyjemnego momentu przedyskutowanego w "Pulp Fiction" przez Mię i Vincenta - zastałem zamówienie po powrocie z kibla. Wprawdzie nie było to jedzenie, ale... ;)
A toaleta to wielce symatyczne miejsce, na razie czyste i przestronne, na ścianie pisuarowej witają nas dziewczyny z fototapety: jedna intelektualnie się przypatruje, kolejna fotografuje, następna zajada namiętnie kawałek tortu wprost z dłoni, a czwarta, suka jedna, dla niej liczy się tlyko rozmiar... :D Dopiero po chwili zorientowałem się, że drzwi do kabin na czymś są wzorowane, co można doczytać na obrazku.



Pierwsze wrażenie z pobytu jest bardzo pozytywne, teraz czekam na jakiś chrzest bojowy w tłoczny letni wieczór. No i oczywiście na rockowe koncerty. Życzę powodzenia właścicielom i pracownikom, oryginalności i dbałości o klienta nigdy za wiele.

20070420

Spotkanie po latach

Opisanie tak popularnego w pewnych kręgach Dubliner Pubu, zwanego orginalnie DUBLINEREM, jest niezwykle trudne. Tym bardziej, że wspomnienia zacierają się bardzo szybko.
Odniosę się zatem do elementów, które pozostały jeszcze świeże w mojej pamięci. Sprawna obsługa, zadowoleni z pobytu ludzie, przeciętny kibel z niespotykanym rozkładem luster pozwalającym na sprawne obejrzenie tyłu głowy własnej. Cały czas oczywiście mowa o kiblu dla dżentelmenów.
Denerwuje mnie oświetlenie. No i imprezy nie trwają do "ostatniego gościa". Praktyką jest wyganianie. Generalnie musiałbym się tam wybrać z ekipą na tyle nudną bym mógł się skupić na obserwacji i ocenie.

Tamtego wieczoru odwiedziłem, krótko, bo krótko, również klub TERYTORIUM na ulicy pomiędzy Żydowską a Wroniecką, nazwy nie pamiętam. W pewien sposób pozostawił na mnie symaptyczne wrażenie. By zamówić należy podejść, obsługa nie ma tego zwyczaju. Wnętrze oświetlone oszczędnie, ale przyjemnie. Teraz oprę się na domysłach: w piwnicy knajpy musi być ciekawie, a to dlatego, że ludzie którzy przybyli na wieczorną potańcówę zrobili na mnie bardzo pozytywne wrażenie, sympatyczni ewrydeje po prostu:) Zero napinki, zero snobizmu, żadnych blacharksich popisów. Kibel zrobił pozytywne wrażenie, przestronny. Myślę, że spokojnie tam kiedyś powrócę, o ile jeszcze będę gdziekolwiek chodził.

Trzecim miejscem był ZAK, zwany kiedyś ZAK 2, mieszczący się w piwnicy przy ulicy Szyperskiej bliżej Garbar. Właściciel przeniósł działalność z ulicy Libelta dawno temu, a tamto miejsce wspominam bardzo pozytywnie... czasy studenckie u'know. Miejsce obecne miałem już okazje odwiedzić łącząc je wtedy z pochłanianiem pokarmu. Fakt iż przerwa miedzy wizytami w lokalu była dość długa, świadczy o mojej dość negatywnej opinii o tym miejscu. Podtrzymuję ją. Zostałem tam zaciągnięty przez znajomych, a kilka tygodni wcześniej zostałem poczęstowany opowieściami, jak to miejsce wspaniale nadaje się do zawierania niezobowiązujących znajomości, jak również, do odgrzewania starych. Kiedyś nawet słyszałem, że spotykają się tu kochankowie. Fuuj! W tak dużej knajpie z dyskoteką [danego dnia pop-rockową, nagrania przyzwoite] obowiązuje samoobsługa. Nadal wali stęchlizną, jedyne ciepło pochodzi od rozgrzanych przytupami ciał. Nie sądzę, żebym miał zły dzień, tej sobotniej nocy bawiłem się wspaniale, co po raz kolejny potwierdza tezę, że ludzie są najważniejsi. Kibla w Zaku nie pamiętam, ale chyba jak wszystko tam, miał na sobie obleśną warstewkę zimnego potu.

Na koniec dodam, że mam kilka spostrzeżeń o innych miejscach, ale nie sądzę bym do nich wracał. Dopiero następne okazje powinny mnie sprowokować do "głębszej" analizy. A że pojawiły się nowe miejsca na mapie, głównie w okolicach ul. Szewskiej, materiału nie powinno zabraknąć.

Przeprowadzka

W życiu zdarzyło mi się kilka przeprowadzek, ale bloga przeprowadzam pierwszy raz. Jakoś zniechęcił mnie interfejs poprzedniego serwisu blogowego, dziwne kłopoty jakieś. Myślę, że to miejsce jest bardziej przyjazne. Zobaczymy.